img
Wolanie z Wolynia nr 4 (179)
Lipiec-Sierpień 2024 r.
str. 65
rzeczywistości. Chorej rzeczywistości, pi-
niebezpiecznego boju. Ale wtedy wlaśnie
janej i niemądrej...
otrzymal ciosy w glowę. Raz, raz, raz!..
Jednak dosyć tego. Wszystkim obrzy-
Czuje uderzenia, chociaż nie boli, tylko
dlo takie polożenie i wszyscy podno-
polala się krew i poplynęla spod czapki
szą kielichy. Dzwoni szklo, zalamuje się
po czole. Potem ktoś wyrwal mu kij. Po
światlo w czystej cieczy, ploną promieni-
glowie otrzymywal wciąż nowe uderze-
ście oczy, brzmi silnie pieśń. Anton, De-
nia... On podskoczyl i kij wyśliznąl się
min, Oleh ­ z drugiej strony Kindrat, Ser-
z jego rąk. Zacząl uciekać i biegl w dól
hij i nad wszystkim Rona.
ponad walem drogi. Nie widzial niczego,
Gdzieś okolo pólnocy wszyscy wyszli.
poza śniegiem pod nogami, niczego nie
Glęboka, czarna, jak węgiel noc. Wszyst-
czul i nawet zapomnial, że gdzieś tu byli
ko milczy, tylko wiatr stąpa powoli po
jego koledzy. Zdawalo mu się, jakby oni
wierzcholkach drzew, poruszającczy
gdzieś znikli, a to co cię stalo, dotknęlo
inną galązkę. Ale w dole krzaki bzu, któ-
tylko jego samego. Przebiegl z piętnaście
re okalają budynek Rony, calkiem milczą.
kroków i obejrzal się. Niemal za jego ple-
I mlode świerczki milczą. Grabowy za-
cami ktoś gnal z dlugim kijem, i Wolodź-
gajnik także stoi nieporuszony i milczą-
ko pobiegl dalej. Slyszy za sobą przekleń-
cy. Dalej drzewa w sadzie ­ jablonie, któ-
stwo i jednocześnie na jego glowę kolo
re zakrywają krzewom i to niewidoczne
ucha, nad czolem, pada silne uderzenie.
niebo, tworząc ciemność gęstego mroku.
Wolodźko nagle ukląkl i palcami obydwu
Chlopcy szli powoli. Z przodu Wo-
rąk oparl się o śnieg. Ale zaraz zerwal się
lodźko i Oleh. Za nimi sam Serhij. Kin-
znowu i śmiertelnie przerażonym glosem
drat zostal w pomieszczeniach Rony. An-
wykrzyknąl: Ilku!
ton z Deminem się objęli i tupali po wil-
On nie wiedzial czy to na pewno Ilko,
gotnym śniegu próbując śpiewać...
ale glos który przeklinal, wydawal się być
Trochę niżej nad samą drogą, gdzie
glosem Ilka... Wolodźko pobiegl trzy kro-
bylo kilka krzaków leszczyny, na ścież-
ki i klęknąl znowu... Znowu dotknąl pal-
ce coś leży. Coś czarnego... Wolodźko i
cami śniegu i znowu się zerwal. Potem
Oleh ledwo to dostrzegli i niemal się zde-
jeszcze raz klęknąl nad samym przewa-
rzyli. Czarne nagle się zrywa i świeci Wo-
lem drogi, przy czym się pośliznąl i pole-
lodźce w twarz elektryczną latarką...
cial glową w dól.
­ Co za czort! ­ krzyknąl Wolodźko.
Na tym się skończylo. To wydarze-
Ale jednocześnie z wszystkich krzaków
nie nadeszlo niespodziewanie i szybko,
wybiegli ludzie. Wolodźko poczul na glo-
jak burza. Zawylo, zakręcilo, kilka nieja-
wie uderzenia czymś twardym. Szybko
snych okrzyków polecialo, tupot i ­ zni-
schwycil czyjś kij. Niespodziewanie po-
klo. Pięć, siedem sekund, ­ nie więcej.
czul wielką silę, wyrzucil kij ponad glową
­ Wolodźku-u-u! Wolodźku! ­ to bie-
do przodu, poczul ciężar na plecach, ale
gnie z góry Oleh.
się uchylil i ciężar spadl. Kij zostal w jego
­ Oleh! ­ wykrzykuje Wolodźko.
rękach. Byl u podnóża pagórka. Z dolu
Oleh pobiegl, ostro zakręcil i skoczyl
biegly do niego trzy czy cztery czarne po-
prosto do rowu do Wolodźki. Ten staral się
staci, ale on zacząl machać kijem i bil je
wstać... Szumialo mu w glowie i oczy za-
lewala krew. ,,Ach, czort... Ach, czort!..."
po glowach. Bil strasznie, zapalczywie...
Czul, że trafia dobrze, i, chociaż to dzialo
powtarzal on. Prawa ręką opieral na śnie-
się szybko, poczul rozkosz prawdziwego,
gu, lewą wycieral z czola krew, która się