str. 56
Lipiec-Sierpień 2024 r.
Wolanie z Wolynia nr 4 (179)
byl zly, on staral się tego nie pokazy-
Oj, czuję, że będzie u nas znowu mo-
wać, ale jego starania nie przynosily skut-
kro, mówil on, mając na myśli gościnę,
ku. On zlożyl spis swoich kandydatów na
jaką on lubil zawsze robić z okazji swo-
ręce Serhija. Rona podszedl do Matwieja.
ich sukcesów... Kindracie! Mówię! Bę-
Dziękuję wam, powiedzial. Bez
dzie deszcz!
was byloby nieszczególnie. Matwiej, zda-
I jest za co, mówil Kindrat. Ij
walo się, nie zwrócil na te slowa uwagi,
Bohu, jest za co, Andriju Andrijowiczu! A
on zbieral się do domu, więcej nie mial tu
ja, wiecie, już bylem gotowy roztrzaskać
co robić, i niezauważony, wyszedl.
krzeslo na czyjejś glowie ...
Wybory trwaly dalej. Skladali propo-
No, no, no! U nas krzesla drogie.
zycje, glosowali. Jon byl ostatecznie zala-
Dziadźko Matwiej zrobil lepiej. Jed-
many, gdy jego propozycje przepadly. On
no dobre, proste slowo: i kropka! Mó-
domagal się powtórnego przeglosowania.
wię: dla rolnika czasem waży jedno slowo.
Pozwolono mu. Glosowano po raz drugi.
Gdy ono w sedno... Ale, panowie! Jutro
Jego zwolennicy podnosili po dwie ręce
niedziela! Wieczór u mnie! mówil Rona.
ale i to im nie pomoglo, a jeszcze zaszko-
Rozchodzili się. Byla mglista, nie
dzilo. Zarząd wybrano w skladzie Ser-
chlodna noc. Wieś spala, ale to tam, to
hij Wolodźko Rona. Zostali przeważ-
tu, wciąż jeszcze staly grupy mężczyzn i
nie starzy czlonkowie, na miejsce wielkie-
z przejęciem omawiali swoje ostatnie ze-
go towarzysza Ilka wszedl Wolodźko, na
branie. Takiego zebrania nie bylo jeszcze
miejsce Simona wszedl dziadźko Michaj-
w tej wsi nigdy, jak świat światem. Świę-
lo. Jon, Ilko, Nikon i Demin zostali bez ni-
ta, czysta prawda!
czego. Deminowi nijak i przykro, on tra-
Kindrat poszedl odprowadzić Ronę, a
fil do tej grupy tylko dlatego, że byl sta-
Wolodźko przeszedl się trochę z Serhijem.
rym przyjacielem Jona, ale on nijak z nim
Wiesz, mówil Serhij, twój stary
nie godzil się kiedyś, a jeszcze mniej, te-
dzisiaj się pokazal. Nigdy nie spodziewa-
raz... Teraz on chcialby wrócić, bo ,,co mi
lem się.
z tego proletariatu"..." I ,,komu to w ogó-
On może. On zawsze byl taki. Ale
le potrzebne..."
Rony on nie pochwala. Nie za to, co Jon.
Ale Jon mial jeszcze dosyć swoich
Nie za państwo. Ale za to, że on nie umie
zwolenników i bez Demina, zwlaszcza
być panem... W jego mniemaniu gospo-
wśród mlodych chlopców, jak Kindrat
darzem.
Trofima, Debernego Sidor.. Chlopcy, cho-
I popatrz, jak posluchali. A tam prze-
ciaż i mlodzi, ale bojowi i stanowili dla
cież byli uparci zwolennicy Jona. Jak
Jona spora silę.
choćby mój wlasny ojciec. Ja zauważy-
O nie! on wzywal do walki. Na
lem, że i on podniósl rękę za naszym za-
tym jeszcze nie koniec. My jeszcze po-
rządem... A patrz! U Lewińskich się świe-
walczymy... Powojujemy. Bolszewicy
ci, zmienil temat Serhij...
tak latwo się nie poddają...
Chorzy, odpowiedzial Wolodźko.
I on wyszedl. Za nim wyszli wszy-
Nikogo z nich nie bylo na zebraniu.
scy jego poplecznicy, ludzie w ogóle się
Oni jeszcze przeszli się razem hen do
rozchodzili i w końcu zostali tylko naj-
szkoly i rozeszli się. Wolodźko wracal,
wierniejsi, starzy, wypróbowani czlon-
mial dobry nastrój, ale, przechodząc kolo
kowie nowego zarządu. Rona triumfo-
cerkwi, znowu przypomnial sobie Lewiń-
wal...
skich, w tym także Natalkę, która też byla