Wolanie z Wolynia nr 4 (179)
Lipiec-Sierpień 2024 r.
str. 53
Literatura - Література
Ulas SAMCZUK
W O L Y Ń. Powieść w trzech tomach
tom III: OJCIEC I SYN
rozdzial XI, część druga
Na sali nowa burza krzyki, gwizdy.
Rona rozklada ręce, patrzy ponad glowa-
mi, jego szklane okulary polyskują. Krzy-
ki nie ustają i Rona zrezygnowany sia-
da. Jego pelne usta nerwowo się ściska-
ją, chce mu się na pewno, śmiertelnie, za-
palić.
O glos prosi Wolodźko.
Póki co, glos ma Andrij Andrijowicz!
krzyczy Serhij.
Ja rezygnuję, machnąl ten ręką.
Więc proszę Dowbenkę, powie-
dzial Serhij.
Wolodźko wstal, zamęt na sali ucichl,
jego dawno już nie widzieli i byli cieka-
wi, co on powie.
Ja, rozpocząl on, nie mam zamiaru
i nie mogę mówić bogato i pięknie... Jest
dziwnie i jednocześnie przyjemnie stwier-
dzić, że, w krótkim czasie, ja nie pozna-
lem swojej wlasnej wsi. Widać, że życie
nas bierze za gardlo, a my, mimo tego, nie
dajemy się. Jeszcze wczoraj byliśmy nie-
my... My jeszcze wszyscy, wciąż na ra-
mi, jak ryby, a dzisiaj już jak widać, krzy-
zie, nie znamy samych siebie raz jeste-
czymy na cale gardlo... I mamy nie naj-
śmy Mongolami, kiedy indziej chachlami,
gorsze glosy, szkoda, że nie ma dyrygenta,
czasem i malorusami, a teraz, dochodzi
a wyszedlby niezly chór... Chcialoby się
jeszcze jedna nacja towarzysze... Ktoś,
myśleć, że stare znane czasy świętych ar-
skądś, naszepcze nam do uszu i my goto-
cybiskupów Antoniego i Eugeniusza mi-
nęly bezpowrotnie, gdy trzeba bylo ,,mil-
wi jesteśmy o to się sprzeczać, bić, niena-
czeć i nie oceniać"... Trochę gorzej, że
widzić jeden drugiego... A przecież, każ-
dy z nas ma na plecach wlasny garnek i
zostawili oni po sobie spadek... Taki do-
coś tam w nim gotuje. Więc bądźmy na-
syć ciężki, dosyć glęboki i niedobry, któ-
reszcie sobą! Myślmy każdy wlasną glo-
rego jeszcze nie szybko się pozbędzie-