You are hereJak osiągnąć szczęście? / Janusz Korczak: Tata na medal - szczęście osiągamy dzięki innym

Janusz Korczak: Tata na medal - szczęście osiągamy dzięki innym


By adminduszek - Posted on 20 wrzesień 2009

Janusz Korczak -Tata na Medal

 

Jako studentka pierwszego roku Pedagogiki razem z koleżankami dostałam zadanie przedstawienia na zajęciach postaci Janusza Korczaka. Ten wspaniały człowiek, wielki pasjonat i miłośnik dzieci spędził swoje życie na pomaganiu najmłodszym. Jego dobre serce, siła woli, niezłomna postawa sprawiły, że obok tej postaci nie można przejść obojętnie. Wzrastał w bogatej rodzinie, pełnej wygód i luksusów, do których on nie przywiązywał najmniejszej wagi. Pomimo wysokiej pozycji społecznej miał przeświadczenie o swojej przeciętności. Wyższe sfery, zamknięte i hermetyczne grupy, zapatrzone w czubek własnego nosa, nie były dla niego atrakcyjne. Wolał spędzać czas z uboższymi, najbardziej potrzebującymi ludźmi, których świat już dawno skazał na zagładę. W słowniku jego pojęć nie istniały takie słowa jak pogarda, wyniosłość. Podczas gdy inni z obrzydzeniem odwracali głowy od osób biednych, opuszczonych, on mocno przytulał ich do swego serca.

Bohater tej opowieści nigdy nie narzekał, nie użalał się nad swoim losem, nawet wtedy, gdy przyszło mu razem z mamą żyć na skraju nędzy, po śmierci jego ojca. Z godnością zniósł przeciwności życia, ciężko pracował, by utrzymać swoją mamę, z uśmiechem na ustach przyjmował obelgi, kąśliwe uwagi. Był człowiekiem niezwykle bystrym i inteligentnym. Skończył studia medyczne, został lekarzem. I cały czas jego serce wzruszała ludzka krzywda, szczególnie tych najbardziej bezbronnych, czyli dzieci. Gdy był już dorosłym mężczyzną, w dramatycznych okolicznościach odeszła jego ukochana mama. Bardzo przeżył jej śmierć, a okoliczności, w których zasnęła na wieki, były źródłem jego cierpień przez wiele lat. Pomimo wewnętrznych rozterek nie skupiał się na własnych problemach, postanowił poświęcić się służbie żydowskim sierotom.

Założył Dom Dziecka, i ze wszystkich sił starał się zapewnić swym małym podopiecznym jak najlepsze warunki. Każdego malucha traktował z należytym szacunkiem, otaczał troską, uczył, czym jest dobro, czym jest zło. Dzięki niemu wielu młodych ludzi uniknęło śmierci głodowej czy bycia w przyszłości miejskim kloszardem. Wszystkie swoje przyszywane pociechy szczerze kochał tak, jakby były jego własnymi dziećmi. Nie było w mieście osoby, która nie wiedziałaby, kim jest Janusz Korczak i jak wiele dobrego czyni. Miał w sobie niespożyte pokłady energii, a pojawiające się przeszkody omijał z uśmiechem na ustach. Im bardziej piętrzyły się przeciwności losu, tym bardziej on wierzył w sukces. Wszystkie dzieci traktowały go jak ojca, on szczerze odwzajemniał ich uczucia.

Przyszedł jednak dzień, kiedy nad dziećmi Korczaka zawisły prawdziwie czarne chmury. Wydano rozkaz likwidacji getta, w którym mieszkali wychowankowie bohatera. Śmierć okazała się nieunikniona. Wyrok został wydany na ponad 200 wychowanków. Korczak miał możliwość ucieczki, jednak, jak prawdziwy ojciec, wziął wszystkie swe dzieci w ramiona, by ukoić ich strach, gdy będą żegnały się z życiem. Był to obraz bardzo wzruszający. Mali chłopcy i kilkuletnie dziewczynki zostali ubrani w odświętne mundurki i pomaszerowali do wagonów bydlęcych, by odbyć swą ostatnią podróż, a nad ich głowami powiewał ogromny zielony sztandar, sztandar w kolorze nadziei. Straszne warunki sanitarne, brak powietrza, smród ciał tych, którzy odeszli, oto obraz ich podróży. Docierają na miejsce. Ostatnie minuty życia. Pewnie Korczak się boi, jednak nie daje po sobie tego poznać, dla siebie zachowuje najgorsze uczucia, przed wychowankami udaje spokój i opanowanie. Przechodzą przez ten sam proceder, co setki tysięcy ludzi przed nimi. Wysiadają z pociągu, wychodzą na rampę gdzie są liczeni, następnie pozbywają się ubrania, wchodzą do komory gazowej, zdradziecka ręka mordercy odkręca kurek – egzekucja rozpoczęta. Janusz Korczak przytula do piersi maleńkie ciało, wydając z ulgą ostatnie tchnienie. Przeczytajcie, proszę, jak wyobrażam sobie ostatnie dni z życia Janusza Korczaka:

 

 „On kochał, kochał, kochał ...  I gdyby wymienić to słowo 1000 razy, nie objęłoby to ogromu dobroci jego serca, każda szala ugnie się pod ciężarem jego serca, a żadna skala nie wyznaczy idei, o które walczył Korczak przez całe swoje życie.

Przedzierał się codziennie przez gąszcze problemów, dokonywał niemożliwego, łamał zasady i wszystko inne, co tylko warte było złamania, szedł twardo, nie oglądając się na innych.

Już od kołyski obrażany, uznany za dziwaka, chętnie zadziwiał raz po raz swoich opiekunów, dobierając sobie towarzyszy zabaw troszkę odmiennych od klasy, w której przyszło mu się urodzić. Niesamowity zwrot wydarzeń w jego życiu spowodował, że tak, jak jego kompani z lat dziecinnych, spadł na najniższą drabinę w hierarchii społecznej. Również dane mu było poznać smak biedy, upokorzenia, wstydu, lęku o każdy kolejny dzień. Nigdy jednak nie rozwodził się nad swoim losem, nie załamywał rąk w obliczu nędzy, zawsze w gotowości, tak jak owego dnia, gdy wraz ze swoimi pociechami trafił na umszlatplac, by wyjść na spotkanie śmierci. I tu znów nie myślał o sobie, nie on był najważniejszy, tylko te biedne, wystraszone dzieciaki, które nie były gotowe do tego, by odejść. Dziecko było dla niego świętością i skarbem, czymś, kogo należy pielęgnować, kochać, szanować. Mała, krucha istotka nie jest w stanie przeciwstawić się złu tego świata.

Dziś możemy sobie jedynie wyobrazić ten widok. Tłumy nieszczęśliwych, wychudzonych ludzi, matki, przytulające swe pociechy do piersi, setki twarzy, które wyją wręcz w niemym krzyku rozpaczy. Niczym bydlęta, ściśnięci jeden obok drugiego, czekają, dopóki los się nie wypełni. Wchodzą do wagonów, ślepo podporządkują się woli zła, kroczą na śmierć, niczym baranek na rzeź. Wśród nich nasz bohater, otoczony maluchami z domu dziecka, swymi przyszywanymi pociechami, stoi prężnie trzymając, dumnie klatę. Nie myśli o sobie, on jest nieważny, liczy się jedynie to życie, które ledwo się rozpoczęło, a już musiało się skończyć. Wiedział, że i jego życie dobiega kresu, ale odchodzi tak, jak przyszło mu żyć - u boku tych, przy których warto być - przy dzieciach. Pewnie, jak każdy boi się, jednak z żelazną konsekwencją trzyma emocje na wodzy, zostawiając dla siebie strach, rozpacz, lęk przed umieraniem, a uzewnętrzniając dla swych maluchów jedynie radość i wesele.

Pochód Żydów niczym kondukt żałobny wtłacza się do bydlęcych wagonów, bliskość ciał współtowarzyszy niedoli paraliżuje, wszędzie panuje ciasnota, z czasem unosi się fetor ludzkich, zmęczonych, spoconych ciał. Podróż trwa kilka dni, nieszczęśnicy wegetują, usychając z pragnienia i braku pożywienia. Słychać przeraźliwe jęki konających i widać strach w oczach tych, którym przyszło patrzeć na agonię braci. I to wszystko widzą te maleńkie, bezbronne oczęta kilkulatków, wyrwanych z objęć dziecinnych zabaw i codziennej beztroski. Są zdezorientowane, skonane, śmierdzą potem, dusząc się w ciasnocie, z trudem łykają strzępki świeżego powietrza. A wśród nich niezmiennie jest Korczak – ojciec założyciel ich lepszego życia, protoplasta namiastki miłości, która kolorami tęczy wymalowała im na tych kilka chwil wspaniałe wspomnienia. Odrobina uczucia, świeża pościel sprawiały, że te dzieciaki już opływały w luksusie, a każdy najdrobniejszy gest uczucia sprawiał, jakby niebo zstąpiło na tych kilka sekund na ziemię. Z czasem podróżnym zaczyna doskwierać głód, oglądają, niczym w klatkach filmu jak kolejny rodak żegna się z życiem. Śmierć nie oszczędza nikogo, w wieczny sen zapadają najpierw najsłabsi – noworodki, później osoby starsze, aż w końcu śmierć przestaje wybierać, zbierając swe żniwo minuta po minucie. Podróż dobiega końca.

Ci, którym udało się przeżyć, zostają poddani selekcji – jedni idą do pracy, drudzy – od razu go gazu. Korczak jest w tej drugiej grupie. I choć miał okazję uciec, wybronić się przed ostatecznością – zostaje, aż do samego końca. Kroczy wraz z wychowankami, a nad ich głowami powiewa zielony sztandar, sztandar w kolorze nadziei. Są już u kresu, zdejmują ubrania, przygotowując się na odejście. Wśród morza maleńkich główek stoi Korczak, a twarz jego rozpromieniona, która bez lęku żegna się z życiem, w ręku ściskając dziecięcą rączkę. Drzwi od komory gazowej zawierają się, ostatnie promienie słońca muskają twarz Korczaka, zdradziecka ręka mordercy odkręca kurek - egzekucja rozpoczęta. Ale Korczak nie protestuje, przytula do piersi maleńką główkę, ostatnie tchnienie wydając z ulgą ...”

 

Czytelniku, zapewne zastanawiasz się, dlaczego zdecydowałam się opisać tę właśnie postać? Otóż, odpowiedź wcale nie jest skomplikowana. Ten człowiek jest dla mnie przykładem do naśladowania, ucieleśnieniem heroizmu, a jego wyjątkowe życie – manifestacją odwagi i miłości. Choć sam nigdy nie został ojcem w sensie biologicznym, był tatą dla setek dzieci których los odarł z przywileju posiadania rodziców, lub których rodzice zapomnieli o obowiązkach, jakie na nich spoczywają. A przede wszystkim, poszedł na śmierć z dziećmi tylko dlatego, by nie bały się umierać. Nawet w tą ostatnią drogę wyruszył wraz z nimi, mimo iż zdawał sobie sprawę, że to podróż w jedną stronę. Opisałam go również dlatego, że niedawno byłam na wycieczce w obozie koncentracyjnym, gdzie wraz z przewodnikiem chodziłam po różnych zakamarkach „fabryki śmierci”, a z każdym przebytym krokiem próbowałam wyobrazić sobie koszmar II wojny światowej. Mury tego miejsca skąpane są morzem łez, wylanych przez tych wszystkich, którzy stracili tam swoich najbliższych, a obozowe korytarze są niemymi świadkami ogromu ludzkiego cierpienia, którego nie sposób opisać żadnymi słowami. Miejsce to skłania do refleksji i zadumy nad teraźniejszością. Mimo że obozy koncentracyjne są namacalnym dowodem, jak można skrzywdzić drugiego człowieka i jak wielkim okrucieństwem jest wojna, na świecie nadal nie ma pokoju. Są takie zakamarki naszego globu, w których strzały karabinów i armat nie milkną, a gorzkie łzy starców kobiet i dzieci nikt nie osusza, one dalej płyną niemym krzykiem wołając o opamiętanie.

Marzeniem Jana Pawła II było, by wszyscy żyli w spokoju i zgodzie i by takie środki przymusu jak wojna odeszły już w otchłań zapomnienia. Po jego śmierci na krótko to pragnienie się spełniło. Na świecie zapanował pokój i zgoda. Ludzie patrzyli na siebie z miłością i z szacunkiem odnosili się do bliźnich. Czar prysł jednak tak szybko, jak się pojawił. Gdy tylko Jan Paweł II został odprowadzony na miejsce wiecznego spoczynku, wielu ludzi powróciło do dawnych zwyczajów.

Ja nie mogę, niestety, sprawić by nie było na świecie wojen, głodu i cierpienia. Ale mogę co innego. Mianowicie – kochać i szanować swoich najbliższych i przyjaciół, i dla nich zachować pokój w sercu. Chciałabym, by tak zrobili również Ci, którym spodoba się to, co napisałam. To będzie taka mała nagroda dla Jana Pawła II. A gdy tylko w głowie zakiełkuje mi myśl, by kogoś skrzywdzić słowem lub czynem, wtedy przypomnę sobie obraz maleńkiego policzka żydowskiego kilkulatka, po którym płynie gorzka łza i wtedy z całych sił postaram się nikogo nie zranić. Tego przede wszystkim życzę sobie i innym.

Dedykuję ten artykuł mojemu tacie w intencji powrotu do zdrowia.

Sylwia Jaworska

Nowi użytkownicy

  • Elżbieta Kwiatkowska
  • maciejka
  • Artur
  • messi0019
  • slawa21

Subskrybuj

Subskrybuje zawartość

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 0 użytkowników i 0 gości.

Szukaj

www.duszki.pl newsletter

Stay informed on our latest news!

Subskrybuje zawartość