You are hereŚwiadectwa / Świadectwo Anny / Świadectwo Duszyczki Basi / Świadectwo Edyty

Świadectwo Edyty


By Duszek_Renata - Posted on 26 wrzesień 2009

A ON rzekł – ‘Pójdź za mną!’
 
 
Jakże ciężko jest napisać świadectwo swojego życia, świadectwo tego jak Bóg przez codzienność przemawia do człowieka. Niekiedy wystarczy jeden gest, niekiedy jedno zdanie drugiego człowieka, by coś na nowo pękło, by zasiane w nas ziarenko zaczęło powoli rosnąć, dojrzewać i wydawać owoce...
Dnia 08. września przyszłam na świat w godzinach wieczornych (przypuszczam, że niektórzy z Was spali o tej porze słodko, bo było już po 22). Dzień dla większości zwykły i normalny, dla mnie nastał wtedy czas walki o przetrwanie, gdyż (jak wspomina moja mama) urodziłam się czarna na twarzy – lekarze stwierdzili wtedy zgon. No i zaczęła się walka o moje życie. Dziś wiem, że Maryja trzymała mnie wtedy pod płaszczem, to Ona mnie chroniła. Jako niemowlak nie wiedziałam o tym, teraz wiem. W październiku rodzice zanieśli mnie do Pana Jezusa aby mnie ochrzcić. I tak sobie rosłam, poznawałam życie najpierw przedszkolne, szkolne, teraz już studenckie. Do przedszkola trafiłam jako 3-latek. Ponoć byłam grzeczna. Rodzice, a w szczególności mama wlewała we mnie miłość, chęć niesienia pomocy, wrażliwość itd.
Jako 7-latek zostałam dopuszczona do I-wszej Komunii św. Bardzo się cieszyłam z tego powodu, że teraz zamiast krzyżyków na czoło, będzie Pan Jezus przychodził do mojego wnętrza. Często przychodziłam do kościoła aby spotkać się z Siostrami i Braćmi na Eucharystii (roraty, różaniec, majówki, Msze szkolne itd.). I tak żyłam sobie powoli i spokojnie. Jednak nastał taki rok, gdzie upadło prawie wszystko, upadła wiara, powstały wątpliwości. Rok 1997. Już w lutym zmarł dziadek... Mimo, że nie mieszkał blisko i w sąsiedniej miejscowości był dla mnie dość bliski, bardzo go kochałam (nadal kocham wierząc, że jest blisko Pana). „Jezu, dlaczego mi to zrobiłeś? Dlaczego zabrałeś dziadka? Co Ci zrobiłam!?” Ciągłe pytania, ale cóż miałam zrobić, jak nikt nie dał mi wyczerpującej odpowiedzi, co tam naprawdę się stało i dlaczego. Skończyło się gonienie co czwartek na Mszę szkolną, skończyło się chodzenie na roraty itd. W sercu nastał ból i pustka. Upadek, tak jak Jezus upadł pod ciężarem krzyża.
Chodziłam w każdą niedzielę na Mszę świętą wraz z rodzicami. Chodziłam, lecz nie widziałam w tym żadnego konkretnego sensu. Comiesięczna spowiedź to było ‘nagranie na kasecie tych samych grzechów’. Nie chciało mi się ‘wymyślać’ nowych. Nastało szukanie, nawet nie przez modlitwę. Zajęłam się szkołą i nauką. Szukać i znaleźć. ON ukrył się, tak to było celowe. Zdałam się na posłuszeństwo przykazaniom i na posłuszeństwo rodzicom (też był bunt, ale ‘słaby’). Szukałam i szukałam. BÓG nie raz wołał: ‘tutaj jestem’. Ja – nie słyszałam. Taki stan serca, duszy i życia utrzymywał się przez 2 lata, może nawet trochę więcej. W Piśmie świętym znane są te słowa: „Szukajcie a znajdziecie, kołaczcie a otworzą wam...” Tak, to właśnie robiłam. SZUKAŁAM.
Niedzielna Msza Święta polegała na odfajkowaniu czyli „zaliczyłam, bo byłam”. Niedzielna Msza Święta polegała na siedzeniu bezczynnie lub staniu przez około 60min., patrzeniu w sufit lub na lampy, wybijaniu się z całości i wykonywaniu zawsze tych samych czynności w odpowiednim momencie: siadaniu, wstawaniu, klęczeniu itd. Dwa lata przeleciały bez codziennej rannej i wieczornej modlitwie. Bez radości życia, ale po prostu na zastanawianiu się: po co jestem i do czego zmierzam? Filozofia? Jak najbardziej (teraz ją mam na studiach).
Gimnazjum – idę na religię. Przeżywam szok i totalne załamanie: „Jakim prawem religii będzie uczył ksiądz!?” Uznałam, że będę dla niego niemiła, to mnie wyrzuci z religii i nie będę musiała już więcej na nią przychodzić. Rozwiązywanie sznurówek, chodzenie po klasie, przeszkadzanie mu (księdzu) w ten czy inny sposób nie wypaliło. Ks. Krzysztof dzielnie się trzymał. Nie krzyczał i zachowywał spokój. „Co w nim jest takiego, że (aż głupio przyznać) coś mnie w nim ciągnęło, coś mi się w nim podobało...” Chociaż w innych klasach się wydzierał i stawiał kary aż do przesady wkręcając nawet panią dyrektor w tej jednej, jedynej klasie – Ic zachował specyficzny spokój. Nie rozumiałam tego. Zapragnęłam na swój sposób się mu bliżej przyjrzeć, jego pracy i posłudze. Lekcje religii, to było za mało, trzeba było udać się aż do kościoła. Przychodziłam w czwartki na szkolną a w niedzielę podczas Mszy też solidnie go obserwowałam, a szczególnie jego gesty. „Spokój, spokój i jeszcze raz spokój jest w tym co wykonuje. Jak to możliwe? Jaka jest przyczyna tego spokoju?” Dalej szukałam. Aż ...
Nadszedł pewien piękny dzień – niedziela. Wtedy powędrowałam na Mszę popołudniową, usiadłam w trzeciej ławeczce od przodu po lewej stronie. Mszy przewodniczył ks. Krzysztof. Jak zawsze patrzyłam na niego i próbując znaleźć to co jest tym spokojem. Nie słuchałam czytań, ani śpiewanego psalmu, nie pamiętałam też co w Ewangelii było..., kazania też nie pamiętam całego poza ostatnim i jedynym zdaniem. Zdaniem, które wypowiedziane zostało w miarę mocno i grubo; zdaniem silnym które zostało zakorzenione w moim sercu do dnia dzisiejszego a brzmi ono: „Pójdź za mną!” Wystraszyłam się, gdyż przez następne minuty i całą drogę do domu zastanawiałam się czy to zdanie wypowiedział ów kapłan czy ktoś inny. Mimo wszystko objęła mnie pewność co do życia zakonnego, gdyż nawet po Mszy, gdy przyszłam do domu powiedziałam mamie: „idę do zakonu. Będę zakonnicą a Ty albo urodzisz sobie kolejne dziecko, albo zaadoptujesz”. To były mocne słowa i jak dobrze sobie zdałam później sprawę – bardzo raniące (przecież moja mama już nie może mieć dzieci). Mama uznała, że ten cały ksiądz katecheta wbił mi coś do głowy i za bardzo się tym nie przejęła, ufając że to mój taki sobie wybryk. Gdy chodziłam z mamą na Mszę niedzielną lubiłam patrzeć na obraz Miłosiernego Pana Jezusa. Gdy tak się wpatrywałam i myślałam o tym jaki ON jest piękny, na twarzy Jezusa pojawiał się uśmiech. Pytałam mamę „czy widzi owy uśmiech i to, że Jezus coś mówi, tylko że ja nie słyszę?” Moja mama patrzyła na mnie jak na wariatkę. Już więcej nie zadałam jej tego pytania. Zresztą sama uznałam sobie, że to moja wyobrażania i cały ten klasztor to bajka, którą w ostatnich dniach, tygodniach sobie wymyśliłam. Chodziłam nadal do kościoła. Dowiedziałam się, że ks. Krzysztofa mają przenieść na inną parafię. Zamarłam. „Dlaczego? Czy wypełnił tutaj swoje zadanie? Czy to ON postawił go na mojej drodze, bym znalazła ‘COŚ’ cennego?”
Odszedł, przenieśli go. Przyszedł nowy. Mogłam znów upaść ale... ten ‘nowy’ wprowadził oazę, która szybko się rozwinęła. Adoracje, rozmyślanie nad różnymi tekstami czy fragmentem z Pisma Świętego. Czas na wspólne wyjazdy, ogniska, zabawy, mecze, kina itd. Ks. Darek posłał mnie też na rekolekcje oazy na 0st. Pojechałam z moją koleżanką. Ksiądz nas tam zawiózł. Tam w Juszczynie pierwszy raz spotkałam się z ‘żeńską formą powołania’ czyli z zakonnicą... S.Maria, uśmiechnięta, pełna życia i radości. I znów ten spokój, ten sam co u ks. Krzysztofa. Nie rozumiałam tego spokoju, mimo że to była ‘Boża wariatka’. Widziałam tylko jedno: „zakonnica to nie tylko ta osoba co siedzi dzień i noc za murami klasztoru, z rękami złożonymi, owinięty na nich różaniec i same ‘Ave Maria’ z ust wychodzących. Są szorstkie, pełne surowości, milczące i najlepiej trzymać się od nich z daleka.” Tu zrozumiałam, że to wcale nie tak. Nie podeszłam nigdy do tej siostry, nie zamieniłam z nią ani jednego słowa przez całe 17 dni. Obserwowałam ją i widziałam piękno które z niej bije i które mnie pociągało. Wróciłam do domu. Zapomniałam o zakonie, o takim życiu. Uciekałam. Uczyłam się dalej i tak od tego momentu przeleciały 3 lata. Nastała II-ga technikum. Ks. Darek wysłał mnie na kolejne rekolekcje (tzn. sama chciałam).
Pojechałam do Radoczy. Tam dokonało się w ciągu jednego dnia i jednej nocy więcej niż sumując całe moje życie. Spędziłam tam wiele czasu na modlitwie (raz mnie szukali, bo tam byłam bardzo długo i nie wróciłam przed 22 do pokoju). Byłam pewna, że te rekolekcje pomogą mi cos odkryć i zrozumieć. I nie pomyliłam się. Był fajny dzień. Rozpoczęliśmy go Eucharystią. Ksiądz zamiast mówionego kazania zdjął szaty i położył na ołtarzu. Zasiadł między nami. Nastał śmiech i chichot dziewczyn z powodu diakona, który próbował zachować absolutną powagę podczas wykonywania tego samego gestu co ksiądz. On też usiał między nami. Trwaliśmy... Dla nikogo ten znaczący gest nie stał się tak oczywisty jak dla mnie. „Nie ma Jezusa, nie ma Eucharystii, nie ma sensu życia, nie ma nic...” Powstała walka, by owy kapłan ubrał się i poprowadził Eucharystię dalej. Zastanawiałam się czy mam tam podejść i to powiedzieć, co mam zrobić? Poczekałam jeszcze chwilę. Chciałam do niego iść lecz powstał kapłan i ‘ubrał’ się. Podszedł do ambonki i powiedział: „droga Siostro, drogi Bracie a może właśnie to czeka na Ciebie?” Msza potoczyła się dalej. Zamarłam stojąc i patrząc na twarz Jezusa, która się ciepło uśmiechała. Uważając życie klasztorne za coś strasznego, uznałam je za coś przyjemnego, za małą ‘nagrodę’. Nie jadłam nic w ten dzień. Nie dałam rady. Następnego dnia powiedziałam Jezusowi: „FIAT, będzie Jezu tak jak Ty zechcesz”. Od tej pory do dnia dzisiejszego ufam Mu. Wierzę w Niego i pokładam w Nim wszystko co ode mnie pochodzi: radość smutek.
Wystarczył tylko taki mały gest, wystarczyły jedne słowa. Wystarczyły świadectwo miłości drugiego człowieka. Dziękuję Panu, że otaczał mnie wtedy ludźmi, którzy dawali namacalny i prawdziwy przykład istnienia chociaż i ks. Krzysztof i S.Maria nie zdawają sobie z tego sprawy. Nie wiedziałam, że Jezus będzie się o mnie tak starał, że w Nim jest siła i moc i oparcie. Teraz wiem, że wszystko co się dzieje jest z Niego i dla Niego.
Za to wszystko CHWAŁA PANU naszemu, który króluje na wieki!
Amen.

Edyta Barchańska l.20

Nowi użytkownicy

  • Elżbieta Kwiatkowska
  • maciejka
  • Artur
  • messi0019
  • slawa21

Subskrybuj

Subskrybuje zawartość

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 0 użytkowników i 0 gości.

Szukaj

www.duszki.pl newsletter

Stay informed on our latest news!

Subskrybuje zawartość