Świadectwo Agnieszki


By Duszek_Renata - Posted on 26 wrzesień 2009

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!Mam 31 lat. Sporą część swojego życia spędziłam błądząc i poszukując Prawdy, która zawsze była we mnie.Jako dziecko bardzo kochałam Boga. Było dla mnie oczywiste, że On istnieje. Nie dlatego, że tak mi mówiono i tak mnie uczono. Ja to po prostu wiedziałam. I byłam Nim zafascynowana. W wieku ok. 5-6 lat nie mogłam doczekać się, kiedy zacznę chodzić na lekcje religii. Marudziłam rodzicom, żeby mnie zapisali (wtedy religii nie uczono w szkole, lecz w salkach katechetycznych przy kościele). W końcu rodzice ulegli i mogłam zacząć uczęszczać na religię. No i spotkało mnie rozczarowanie. Może po prostu miałam zbyt wielkie oczekiwania? Siostra uczyła nas modlitw i piosenek, kolorowaliśmy obrazki związane z różnymi historiami biblijnymi – typowe zajęcia dla dzieci. Ale dla mnie to było za mało. Czułam tak wielki głód Boga, że śpiewanie piosenek wydawało mi się głupie i męczące (ciągle to samo). Chciałam słuchać o Nim! Zniechęciłam się...
Pierwszą Komunię św. obrzydzili mi dorośli, którzy zamęczali mnie przebieraniem w białą sukienkę i zdjęciami. Było zamieszanie, tłum ludzi... Męczyło mnie to i drażniło, że inne dzieci mogą się bawić, a ja, jak tresowana małpka, tylko mam się uśmiechać i pozować do zdjęć. W dniu swojej pierwszej Komunii czułam głównie złość.
3 klasa szkoły podstawowej – zajęcia z religii stały się koszmarem, dzięki księdzu, który znęcał się nad uczniami. Zaczęłam uciekać z tych zajęć.
Chodzenie do kościoła mnie nudziło. W mojej rodzinie, jak w większości rodzin katolickich, wiara ograniczała się głównie do niedzielnej mszy św., która stała się niemiłym obowiązkiem. Nikt mi nigdy nie wytłumaczył, czym tak naprawdę jest msza, po co się na nią chodzi, czemu to wszystko ma służyć. Wiedziałam tylko, że MUSZĘ chodzić i to doprowadzało mnie do wściekłości. Bo niby dlaczego „muszę”?! Moja buntownicza natura coraz bardziej dawała o sobie znać. Wszystkie rozczarowania, złości, urazy i żale związane z wiarą i Kościołem, zaczęły się kumulować. Do tego moja rodzina rozpadała się. Ciągłe kłótnie rodziców, awantury o byle co. W szkole też nie było wesoło, bo byłam tzw. klasowym „kozłem ofiarnym”, zwykłym popychadłem. Od moich rówieśników doświadczyłam przemocy fizycznej, psychicznej, werbalnej. Tłumiona wściekłość mieszała się z żalem, rozpaczą, poczuciem odrzucenia, samotnością i beznadzieją.
W wieku 14 lat zaczęłam słuchać muzyki punk. Wśród punkowców czułam się rozumiana i mogłam swobodnie wyrażać swoją wściekłość i frustrację. Gdy skończyłam 15 lat, zaczął się nowy etap w moim życiu. Rodzice powiedzieli, że teraz mogę sama decydować o tym, czy chcę chodzić do kościoła czy nie. Chętnie skorzystałam z tej możliwości wyboru i przestałam chodzić na mszę. Do tego nowa szkoła, w której nareszcie znalazłam trochę akceptacji i grono znajomych, z którymi dobrze się czułam. Cieszyłam się, że ktoś mnie lubi, chce ze mną spędzać czas. Ponieważ jednak byłam bardzo nieśmiała, dla dodania sobie odwagi zaczęłam pić alkohol. Głównie tanie wina, tzw. jabole. Piłam nawet w szkole podczas lekcji.Imprezy, koncerty, alkohol... W pewnym sensie było mi dobrze, bo mogłam dzięki temu uciec od rzeczywistości, którą była głęboka samotność (mimo sporej grupy znajomych) i pustka.
Gdzie był wtedy Bóg?... Często Go o to pytałam. Gdzie jest, dlaczego jest tak straszliwie obojętny na moje cierpienia, dlaczego milczy, gdy do Niego wołam?... Zaczęłam uważać Go za jakiegoś sadystycznego potwora, który bawi się mną i innymi ludźmi lub jest kompletnie obojętny. Taki obraz Boga podpowiadała mi moja rozpacz i ból, ale gdzieś głęboko w sercu czułam, że jest inaczej... Nie potrafię tego opisać... Nieraz jakby czułam Jego łagodne, pełne troski pochylenie nade mną. Nie dopuszczałam jednak do świadomości tego odczucia. Chyba nie chciałam. Było mi źle, ale paradoksalnie jakoś dobrze, a przyjęcie Boga do swego życia wiązało by się z koniecznością nawrócenia, zmiany, porzucenia imprez, alkoholu, złego towarzystwa. Nie było mnie na to stać. Chyba bałam się, że jeśli to stracę, stracę wszystko i pozostaną mi tylko cztery ściany pokoju i ten Bóg, który może i kocha, ale jest tak bardzo odległy... Bardziej odległy niż flaszka wina, która pozwalała zapomnieć o wszystkim.
Bóg wydawał mi się nie tylko odległy i obojętny, ale też... słaby. Zła było tak wiele – w moim życiu i wokół mnie. Było wszechobecne i potężne. Wtedy zaprosiłam do swojego życia Szatana. Uznałam, że więcej mi pomoże niż Bóg. Sądziłam, że da mi siłę, abym mogła zemścić się na wszystkich moich prześladowcach. Chciałam mieć władzę nad ludźmi, chciałam, żeby się mnie bali, bo wtedy nie odważyliby się mnie skrzywdzić.
Uznałam Szatana za swojego „pana”, zaczęłam modlić się do niego. Słuchałam mrocznej, satanistycznej muzyki, rysowałam pentagramy, zaczęłam praktykować czarną magię i czasem wieszałam w pokoju na ścianie odwrócony krzyż. Szatan mi się śnił, wpadałam w coraz większą depresję i coraz głębsze lęki. „Ratowałam się” alkoholem. Dla mocniejszego efektu zaczęłam do alkoholu brać różne tabletki, żeby mieć tzw. „odlot”. Raz przesadziłam i niemal odleciałam na tamten świat. Naukę wyciągnęłam z tego jedną: trzeba brać mniejszą ilość tabletek. Ani myślałam całkowicie przestać.
Z trudem skończyłam szkołę średnią i dostałam się na studia. Dostanie się na studia uważałam za cud jakiś, bo przy moim braku wiedzy wydawało się niemożliwe, abym przebrnęła przez egzaminy wstępne. Moja rodzina też była ogromnie zaskoczona – nikt (poza moim tatą) nie wierzył, że się dostanę.
Studia to już był totalny kanał. Z dala od domu, pozbawiona najmniejszej nawet kontroli ze strony rodziców, zaczęłam staczać się coraz bardziej. Nauka dla mnie nie istniała, ciągle tylko imprezowałam. Pieniędzy mogło zabraknąć na chleb, ale nie na alkohol. Co jakiś czas powstawały w mojej głowie pytania: „po co to wszystko?”, „dokąd to prowadzi?”, ale zagłuszałam je alkoholem i głośną muzyką.
No i wtedy Pan Bóg postanowił trochę mną potrząsnąć... Miałam wypadek samochodowy (zostałam potrącona przez samochód). O dziwo, byłam wtedy trzeźwa, więc nie było w tym mojej winy. Wypadek był na tyle poważny, że usłyszałam od policjanta, który przyjechał na miejsce wypadku, że po czymś takim „zbierają trupy do worka”. Ja miałam wstrząśnienie mózgu, złamaną rękę, sporo siniaków i otarć, ale żyłam.
Od tamtej chwili jednak zupełnie się załamałam. Ręki omal nie straciłam, bo jakaś praktykantka w szpitalu źle założyłam mi gips, więc musiałam potem leżeć pod kroplówką, aby krążenie wróciło. Wtedy powiedziałam moim rodzicom, że żałuję, iż przeżyłam... Kość nie chciała się zrastać ponad 3 miesiące. W tym czasie nigdzie nie wychodziłam, tylko cierpiałam, płakałam i myślałam o śmierci. Pojawiły się też lęki przed wychodzeniem z domu. Na studia nie wróciłam a nerwica i depresja poszły tak daleko, że przez 2 lata prawie wcale nie wychodziłam z domu. Na Boga byłam obrażona i nieustannie kłóciłam się z Nim. Chciałam sama sobie pomóc i wpakowałam się w jeszcze większe problemy... Ratunku i uzdrowienia szukałam w jodze, medytacji, kryształach. Dla zabicia czasu zaczęłam „bawić się” wahadełkiem i układać tarota. Teraz wiem, że był to ogromny błąd! Mój stan psycho-duchowy uległ pogorszeniu.
Któregoś dnia moja mama zdecydowała, że nie mogę tak wegetować i trzeba coś z tym zrobić. Na 3 miesiące wylądowałam w szpitalu psychiatrycznym. Tam zaczęło się moje nawrócenie. Poznałam wspaniałych ludzi, którzy przypomnieli mi o tym, co czułam do Boga w dzieciństwie, zanim wszystko zaczęło być nie tak... Myślałam o Nim i modliłam się. Otwierałam na Niego swoje serce i zaczynałam doświadczać Jego przeogromnej miłości i troski. Dzisiaj, z perspektywy czasu, potrafię już dziękować za tamten wypadek, bo dzięki niemu Bóg wyrwał mnie z bagna. Podczas terapii poszłam do spowiedzi, pierwszy raz od wielu lat. Była to spowiedź z całego życia.
Potem były jeszcze spotkania z księdzem egzorcystą.Od tamtego czasu jeszcze wiele złego wydarzyło się w moim życiu. Nawrót do picia, kolejne kanały, upadki, ale teraz już wiem, że tylko Bóg może mnie z tego wyciągnąć. I wiem, że dopóki się Go trzymam, jestem bezpieczna. Staczam się, gdy tylko puszczę choć na moment Jego dłoń.
Od alkoholizmu uratowała mnie Matka Boża, gdy prosiłam ją o to na Jasnej Górze. Od ok. 5 lat w ogóle nie piję alkoholu.
Nadal cierpię na nerwicę i depresję, są dni, gdy w ogóle nie mogę wyjść z domu. I nie jest to tylko efektem przykrych doświadczeń i wypadku. To konsekwencja wejścia w układ z Szatanem, to konsekwencja zaangażowania w magię, jogę, wróżbiarstwo. Zbyt prędko zrezygnowałam ze spotkań z egzorcystą, „kuracja” nie została zakończona i cierpię bardzo. Ale Bóg uczy mnie ofiarowywać te cierpienia za innych ludzi. On z każdego zła potrafi wyprowadzić dobro. Z mojego życia, z moich doświadczeń też. Doskonale rozumiem ludzi pogrążonych w ciemności, pustce i rozpaczy, niechcianych, niekochanych, zagubionych, zniewolonych przez złego ducha. Za nich szczególnie ofiarowuję swoje modlitwy. A Bóg stawia ich na mojej drodze, przysyła ich do mnie. Jestem Mu za to wdzięczna, bo to świadczy o Jego zaufaniu do mnie.
Doświadczenia nauczyły mnie, że bez Boga nie ma życia. Jest tylko ciemność i pustka. Wiem, że joga, medytacja wschodnia, wróżbiarstwo itp. rzeczy to pułapka, którą Szatan zastawia na człowieka. Wizyty u wróżek, beztroskie korzystanie z horoskopów, amuletów czy np. wahadełka z przekonaniem, że są to rzeczy nieszkodliwe, świadczy o głupocie i ignorancji. To nie tylko bardzo poważny grzech bałwochwalstwa. To sprawy, które nigdy nie pozostają obojętne dla naszego duchowego i psychicznego, a czasem także fizycznego stanu. Za wiele nieszczęść w naszym życiu obwiniamy Boga, a tymczasem sami na siebie je ściągamy. Pan mówi: „Patrz! Kładę dziś przed tobą życie i szczęście, śmierć i nieszczęście. Ja dziś nakazuję ci miłować Pana, Boga twego, i chodzić Jego drogami, pełniąc Jego polecenia, prawa i nakazy, abyś żył i mnożył się, a Pan, Bóg twój, będzie ci błogosławił. (...). Ale jeśli swe serce odwrócisz, nie usłuchasz, zbłądzisz i będziesz oddawał pokłon obcym bogom, służąc im - oświadczam wam dzisiaj, że na pewno zginiecie. (...) Biorę dziś przeciwko wam na świadków niebo i ziemię, kładąc przed wami życie i śmierć, błogosławieństwo i przekleństwo. Wybierajcie więc życie, abyście żyli wy i wasze potomstwo, miłując Pana, Boga swego, słuchając Jego głosu, lgnąc do Niego”. (Pwt 30, 15-20a)
Moje życie było przekleństwem, On uczynił z niego błogosławieństwo dla mnie i dla tych, których stawia na moje drodze. Nieustannie doświadczam cudów Jego miłosierdzia. Bóg wyprowadził i nieustannie wyprowadza mnie z mroku, prostuje moje drogi, leczy rany, uczy miłości i przebaczenia. Tylko On jest życiem, światłem, powietrzem... A nade wszystko Miłością.                                                                               agnieszka

Nowi użytkownicy

  • Elżbieta Kwiatkowska
  • maciejka
  • Artur
  • messi0019
  • slawa21

Subskrybuj

Subskrybuje zawartość

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 0 użytkowników i 0 gości.

Szukaj

www.duszki.pl newsletter

Stay informed on our latest news!

Subskrybuje zawartość